Renament

Written by on 25 stycznia 2021

Wstałem jak zwykle, około szóstej rano. Noc. Choć dzień. Ciemno, że oko wykol. Gdzieś tam, za lasem, trwa proces poprawiania świata. Remont, rzec by można. Wypłowiałe od słońca i przebarwione od kurzu tapety odklejają się pod ciężarem własnego wstydu. Centymetr po centymetrze odsłaniają stare mury pokryte kolejnymi warstwami taniej farby. Szyby w oknach pocą się i spływają strugami stuletniego brudu. Przez wypaczone od wilgoci framugi wdziera się chłód i zapach spalenizny.

Podłoga wydeptana milionami ciężko obutych stóp trzeszczy i ugina się pod własnym ciężarem. W szparach desek pleśnieją skrawki przeszłości – zzieleniałe drobne monety, okruchy świętego chleba, obrączki zaślubin z iluzjami, drobiny prochu i ziemi, zaschnięte krople potu i śliny, atramentowy pył doniosłych deklaracji, skrawki zębów i włosów.

Z kranu wydobywa się cichy jęk, a krople w kolorze krwi spadają wolno nabijając rytm gęstej ciszy. W gniazdku elektrycznym tkwi zwęglony palec, który kiedyś butnie wskazywał jedyny słuszny kierunek. Drzwi chwiejnie, choć nieznacznie domykają się i uchylają na jednym, martwym zawiasie.

Na wieszaku w przedsionku, jak na wiecznym posterunku, wciąż tkwi mundur. Myszy wygryzły mu dziury w epoletach i na piersi. Prawy rękaw zwisa na niciach. Z kieszeni wystaje zwinięta pożółkła gazeta. Słowa przypominają czarne ścieżki wydeptane w panice.

Przez sufit biegnie pęknięcie. Chwilami wydobywa się z niego mgła w kolorze starego złota. Wypadają pojedyncze źdźbła słomy. Czasem wylewa się czarna, gęsta ciecz. Jej odór odkłada się na resztkach mebli kwaśnym dotykiem.

W salonie obrazek przekrzywił się i zwisa jakby zapadł w sen. Na obrazku pan w aureoli. Twarz zmieniła się w brązową przegniłą plamę. Uniesiona dłoń zastygła przepraszająco…

Wstałem jak zwykle, około szóstej rano. Noc. Choć dzień.


Reader's opinions
  1. Tomek   On   26 stycznia 2021 at 18:47

    Chwiejnym krokiem udaję się wśród krzyczących ze złości od naparcia mych stóp podłogi desek, ku górnych pokładach mojego domu. Stąpam po wygniecionych od czasu drewnianych schodach dzierżąc w ręce kubek wczorajszej kawy. Shift! Mogłem zaparzyć świeżej. Otwieram drzwi do studia, siadam. Listwa od prądu już czekam aż ją włączę. Jest. Pali się wściekle na czerwono! Systemy dostają życia, elektrony robią swoje. Łykam kawy. Shit! Nic. Może Beata jak wstanie koło 9 tej to przyniesie. Szukam muzyki. Shit! Dzisiaj poniedziałek! Nie ma rannej audycji. No tak… to pewnie przez wczorajszą kawę…

    • Darek Bilski   On   27 stycznia 2021 at 11:35

      Każda audycja jest trochę ranna. Broczy krwią indywidualizmu autora. Wlecze za sobą gęsty ślad nadziei i pragnienia bycia dostrzeżonym, zrozumianym, pokochanym. Z drżeniem wchodzi na antenę i w śmiertelnych konwulsjach znika z niej. Przepada w odmętach zerojedynkowej historii. A kawa trwa wiecznie. Zimna, odbarwiona, zastygła na ściankach kubka – tak rzecze księga.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *



Continue reading

Next post

Epizod


Thumbnail
Previous post

Falochron


Thumbnail
Current track

Title

Artist